sobota, 13 czerwca 2015

"Prawdziwa Miłość"

Gdy zakładałam bloga myślałam, że będzie go czytać ok. 30-40 osób, nie więcej. Postanowiłam też, że jeśli liczba wyświetleń przekroczy 300 to wstawię opowiadanie, od którego wszystko się zaczęło. "Prawdziwa Miłość" to opowieść, za którą zostałam wyróżniona   w między narodowym konkursie im. Marii Danielewicz Zielińskiej- "słowo i tożsamość" :) 



Zdarzenie, o którym chcę Wam opowiedzieć miało,  miejsce nie tak  dawno. Może słyszeliście pewne plotki dotyczące tej historii? Na pewno nie przekazały one tego,  co się tak naprawdę stało. Jestem pewna, że zastanawiacie się : "Co ona tam może wiedzieć?! " albo  "Kolejna mądra do kompletu. Na stówę nie zdradzi, żadnego niesłychanego sekretu. Czy czegoś, czego nikt inny by mi wcześniej nie powiedział". To, co teraz powiem, może mnie postawić w niekorzystnym świetle..., nikt nie wie  na temat tej historii  tyle co ja.Wszystko ma swój początek. Ta opowieść zaczyna się bardzo przeciętnie. Było to może 2-3 lata temu w wakacje. Trzy dni po rozpoczęciu nowego turnusu, w ośrodku odbywało się przyjęcie  z okazji rozpoczęcia urlopów przez bogatych i wpływowych ludzi. Do 18-tego roku życia w  kawiarni, na parterze. Dla "dojrzałych" w jadalni, na pierwszym piętrze. Nadia była bardzo nieśmiała, ciężko aklimatyzowała się w nowych miejscach. Najchętniej tego wieczora nie wychodziłaby z apartamentu, ale została zmuszona do pojawienia się na dyskotece. Jej mama potrafiła być bardzo przekonująca, z zawodu była nauczycielką historii. Posiadała pedagogiczne podejście. Wystarczyło, że zabrała telefon, ładowarkę od laptopa lub dżojstiki od konsoli, a jej dzieci "sfruwały" na ziemię.
Na imprezie odbył się konkurs karaoke, w którym wystartowała. Śpiewała doprawdy pięknie. Niestety, aż do momentu, kiedy kabel ciągnący się od mikrofonu zaplątał się w srebrną kokardę u jej sandałów. Spadła ze sceny niczym przysłowiowa "kłoda", od zetknięcia twarzy z podłogą uratował ją wysoki, przystojny, błękitnooki brunet.
-  Dziękuję. - wydukała przerażona.
- Czy to nie ty  dzisiaj rano upadłaś, idąc niedaleko Wielkiej Krokwi?
- Prawda!- dziewczyna oblewa się rumieńcem. - Zachciało mi się... wąchać  oscypki w bardzo oryginalny sposób. 
- Ciekawa metoda na zapoznawanie się ze swądem górskich serów  - znów się roześmiał. -  Nie przedstawiłem się, przepraszam... . Mam na imię Artur, znajomi mówią na mnie Arti.
- Nadzieja, mówią na mnie Nadia albo Nadka. Tata opowiadał, jak to kiedyś jakiś gość wykiwał jego ojca. A tak dokładnie to pozbawił go fabryki - ciągnęła. - Na szczęście dziadek pozbierał się  po tej stracie i otworzył następne dwie i o wiele nowocześniejsze. Żeby już nie ciągnąć..., mój tatko jest pełen nadziei. Ściślej: gdy się rodziłam,  firma wrogów mojej rodziny miała wtedy trudniejszy okres. Przez co tata nie mógł się zbytnio skoncentrować i zamiast Nadia, w akcie urodzenia podał Nadzieja. Błąd wyszedł dopiero przy moim wypisie ze szpitala.
- Ha ha ha, ciekawa historia. Mamy trochę wspólnego, moja rodzina też nie przepada za takimi jednymi. Niech się chwilę zastanowię..., hmm... . Nie mogę sobie przypomnieć ich nazwiska, ale ich firma nosi   nazwę  "Ciągacze". Produkują opony do ciągników.
-  Masz na nazwisko Bimik?
-  Skąd wiesz? - dopytuje Artur. - Chwila, to twój przodek założył "Ciągacze"?! Jesteś z rodziny Fiklów?!
Mimo braku sympatii obu rodów pod koniec wakacji byli już parą. Dzieliły ich dwa osiedla, dzięki czemu mogli się często spotykać. Jednak szczęście nie było wieczne, zostali przyłapani razem w muzeum. Zobaczył ich ojciec Artura, który wywołał wielką awanturę w domu Nadki. Oboje dostali szlaban na wychodzenie z domu, zabrano im telefony komórkowe i laptopy.
Artur, zawsze ułożony, spokojny, nigdy nie zrobiłby niczego wbrew słowom rodziców. Bardzo zaskoczył  Nadzieję, pojawiając się pod jej oknem, dzień w dzień, punktualnie o 21:47 .  Czwartego dnia nocnych schadzek obecność młodego Bimika wyszła na jaw. Wszystko przez psa, którym mieli się opiekować państwo Filkowie. Mały owczarek niemiecki zaczął głośno szczekać. Nie skończyło się to aż tak strasznie. Jedni i drudzy rodzice zaostrzyli środki. U Nadii zamontowali system antywłamaniowy, przez co nie mogła sama otworzyć okna czy drzwi.  Po tygodniu niewidywania się z ukochanym, rygor ograniczył się tylko do czujników zamontowanych na oknach. Mogła też wychodzić z domu. Pod jednym warunkiem- że zabierze telefon. Dziewczyna okazała się być na tyle zdesperowana, że po sześciu tygodniach od incydentu w muzeum, wzięła hulajnogę starszej siostry.  Jechała tak szybko, że jej postać było doprawdy ciężko zauważyć. Maksymalnie osiągała prędkość 16 km/h, zjeżdżając z górki. Na ostatniej prostej, usłyszała klakson samochodu.
- Dziecko!- głos dobiega z auta, przez otwartą szybę- Pojmij ty w końcu, N I E  spotkasz się z nim.
-  Skąd wiedziałaś mamo, gdzie mnie szukać? Przecież mówiłam, że idę do parku.
- Nadzieja! Park jest w drugą stronę.
- Ale czemu za mną pojechałaś?! Przecież wzięłam ten głupi telefon.
- No właśnie, wzięłaś go..., mam aplikacje na tablecie, która pozwala nam cię śledzić. - Na te słowa Nadka straciła równowagę i wpadła do rowu. - Wróć teraz ze mną do domu, nie powiem mu nic o tym zdarzeniu. Sama uważam, że metody inwigilacji twojego ojca są okrutne.
Pani Filek pomogła podnieść się córce, wsiadły do pojazdu i wróciły do domu. Następny tydzień dla Nadii był bardzo ciężki, zbliżały się urodziny Artura. Była w totalnej rozsypce emocjonalnej. Nie cieszyły jej już listy, które przemycała jej przyjaciółka. Najbardziej ten widok ściskał serce matki Nadziei.
Pod koniec tygodnia, w dzień osiemnastych urodzin Artiego, w domu Filków zaczął niemiłosiernie piszczeć alarm antywłamaniowy. Po otwarciu drzwi od pokoju wszyscy zamarli. Nikt nie chciałby widzieć czegoś takiego... . Na podłodze, niedaleko okna, leżała nieprzytomna Nadzieja. Jej piękne, kręcone,  ciemnobrązowe włosy były w tym momencie skropione krwią, wypływającą z rany w czole. Na parapecie było czerwone jezioro. Gdyby upadając nie uderzyła głową o okno, zapewne nikt tak szybko by nie zauważył, co się stało. W lewej ręce trzymała dwie koperty, jedną zaadresowaną do rodziców, a drugą do Artura. Z kieszeni wystawało puste, przeźroczyste pudełko po lekach pana Filka. Tych kilka minut oczekiwania na przyjazd karetki bardzo się dłużyło.
W szpitalu okazało się, że Nadzieja od urodzenia miała chore nerki. Po zażyciu lekarstw  prawa nie nadawała się już do niczego, a lewa przestawała pracować. Ciężko było znaleźć zgodnego dawcę, było to spowodowane grupą krwi 0RH-.
 Tego samego dnia siostra Nadki wsunęła pod drzwi państwa Bimików zaadresowaną do Artura kopertę. Nie spodziewała się, że chłopak tak szybko dowie się, w którym szpitalu leży jego miłość.
Nadzieja pozostawała w śpiączce. Okazało się, że leki wyrządziły wiele szkód w jej organizmie. Nikt z lekarzy nie był w  stanie zagwarantować, że przeżyje. 
- Nadka! - krzyknął Artur, otwierając drzwi od sali, w której leżała. - Proszę nie odchodź... - zalał się łzami. - Przeczytałem twój list i... to nie jest wyjście. Też chcę z tobą być! Ale nie w taki sposób... - złapał ją za dłoń. - Nie w taki... . Kocham Cię! Słyszysz?! Kocham! Nie pozwolę ci tak łatwo odejść! - głośno szlochał. - Zamierzam zostać dawcą nerki, też mam grupę krwi "0-". Jeśli się uda, to będziemy  na zawsze połączeni. Na zawsze...

Ta historia skończyła się dobrze. Dwa rody w jedno się zmieniły. W sercach obu rodzin zawitała wiosna, po arktycznej zimie. Do tej pory wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Skąd o tym wiem? Odpowiedź jest prosta, to ja dostarczałam listy.    



Inspirowane "Romeo i Julia" William Shakespeare.



Wszelkie prawa zastrzeżone!