niedziela, 31 maja 2015

"Tak nieskończenie mocno ..." -Rozdział I


                                 Pierwszy rockowy koncert

Byliśmy ze sobą już, a raczej tylko 2 tygodnie. Los się uśmiechnął do zespołu, w którym grał Alek. Mieli dać swój pierwszy koncert w barze, należącym do taty Lucjana- wokalisty. Nie sposób opisać słowami, jakie uczucia towarzyszyły członkom zespołu "LACZ" . Trochę głupia nazwa, ale przez cały czas zastanawiają się nad jej zmianą, co  im nawet... nie wychodzi. Wzięła się ona od pierwszych liter imion członków zespołu: Lucjana, Aleksego, Cezarego i Zenobiusza. Zdążyłam się nawet zaprzyjaźnić z dziewczyną frontmana- Helą. Byłyśmy odpowiedzialne za plakaty obwieszczające koncert. Może i te jej ciemne z turkusowymi końcówkami, postrzępione na fryzurę "emo" włosy, mroczny makijaż, zrobiony z pewną dozą umiaru, sześć kolczyków w jednym uchu, plus jedna atrapa tunelu sprawiają, iż wygląda na dość wyobcowaną i straszną osobę. Nauczyłam się dziś, że nie wszystko co wygląda przerażająco zaraz musi być złe.
Na dziesięć minut przed zrozpoczęciem  "show" chłopaków  musiałyśmy, że całe przygotowania pójdą na marne. Kłócili się jak trzyletnie dzieci.
Ten widok przypominał mi mnie i moją kochaną, młodszą siostrę. Szkoda, że jej tu nie ma, tak jak i rodziców. Ile można wylewać łez co dnia? Bardzo mi ich brakuje. W pewnyech sytuacjach zdarza mi się myśleć, jakby postąpili, co zrobili albo co by powiedzieli. Tego już się niestety nie dowiem.
Wracając do koncertu... jednak się odbył. Przecież tyle pracy i wysiłku w to włożyliśmy. Nasze chłopaki dali radę. Nauczyłam się nawet nowego słowa "CZADOWY". Muszę przyznać, iż to wydarzenie można takim nazwać. I pozostałoby takim do końca, gdyby nie banda nastolatków, która wpadła do "BAR-ZONY" wraz z trzecią piosenką. Zrobili straszną burdę. Wpadli z butelkami po piwie i zaczeli nimi miotać we wszystkie kierunki. Byłam jedyną ofiarą tego wieczoru. Oberwałam rykoszetem, jakaś skąpo ubrana dziewczyna rzuciła w znajdującą się tuż obok mnie ścianę. Szkło się rozprysło, wbijając się mi w prawy policzek, część podbródka i ust. Alek niezwłocznie wezwał pogotowie, które pojawiło się niedługo potem i pojechał za nami na motorze, aż do szpitala.
Miałam wrażenie, że moją babunię i dziadka bolało to wszystko bardziej niż mnie. Lekarz na ostrym dyżurze powiedział, że miałam ogromne szczęście zamykając oczy. Dzięki temu ciało obce - szkło, tylko drasnęło moją powiekę, nie uszkadzając przy tym delikatnej rogówki. Szkoda, że nie miałam takiego farta jeśli chodzi o twarz, z której krew zachlapała moją żółto-szarą sukienkę.
Gdy byłam na oczyszczaniu i szyciu ran moja babcia ochraniała Alka. Wypominała mu na jakie niebezpieczeństwo mnie naraził. Wychodząc z gabinetu usłyszałam część ich rozmowy:
- Ja nie wiem jakim trzeba być, by tak ułożonej dziewczynie namieszać w głowie?- babcia ciągnęła desperackim głosem.
- Kaziu! To nie jego wina. Skąd chłopak mógł widzieć- dziadek wypowiedział te słowa ze spokojem.
- Ale tylko ona nam została!- krzyknęła.- Tylko ona! Ania, Bona i Toleńka...- zawiesiła głos.- Odeszły, nie mogę stracić i jej...- w tym momencie babunia się rozpłakał.
- Przecież to nie jego wina- na te słowa uciekła do toalety.
- Jaaa...- wyjąkał zawstydzony Alek.-   Przepraszam.
- To nie twoja wina chłopcze. Nikt nie mógł wiedzieć co się wydarzy- po tym zdaniu zapadła niezręczna cisza.
W końcu zebrałam się na odwagę i wyszłam z zaułka.
Babcia jeszcze trochę płakała w toalecie. Wróciła z podpuchniętymi oczami, lecz upierała się, że to tylko jakiś pyłek wpadł jej do oka. Podeszła do Alka i go przeprosiła. A ja udawałam, że nie wiem o co chodzi, bo jak mawiał tata: "ciekawość to pierwszy stopień do piekła" i wolę się tego trzymać.
Korzystając z okazji zapytałam się dziadków czy mogę wrócić na imprezę, ich odpowiedź była pozytywna. Tylko Alek był przeciwny- twierdził, że potrzebuję odpoczynku. Bo dość się już nacierpiałam. W końcu po moich namowach się zgodził.
Nie minęła godzina  a już byliśmy w "BAR-ZONIE" . Akurat pod szyldem, obok głównych drzwi sali: Lucek z Helą, Czarek, Zenek i Monika. Byli przerażeni tym co się stało. Gdy mnie zobaczyli wpadli w euforię
Mówili mi jaka to jestem piękna. Dowiedziałam się, że do twarzy mi z tym opatrunkiem, może zacznę chodzić z takim na co dzień. Chcieli mnie dowartościować, bym nie czuła się niezręcznie, wyróżniając się wyglądem od zgromadzonych tam ludzi.
Uroda nie jest dla mnie ważna. Piękno przemija, a charakter pozostaje. Co po idealnym jabłku, gdy jego wnętrze jest zgniłe.
Mieli dobre chęci, co bardzo doceniam. Podziękowałam im za to i zapytałam, czy długo jeszcze zamierzają trząść się z zimna. Zamiast siedzieć na zewnątrz z ponurymi minami powinniśmy iść do środka i się bawić.
Na półtorej godziny przed końcem imprezy przenieśliśmy się z baru do jednego z pokoi gościnnych na piętrze, gdzie Aleksy zaczął grać na gitarze, a my śpiewaliśmy stare piosenki.
O 3:30 zeszliśmy na dół, by posprzątać przed otwarciem. Nie mieliśmy za dużo czasu, bo tylko dwie godziny. Na całe szczęście było nas siedmioro.
Mimo przeciwieństw losu, to było najlepsze wydarzenie "kulturowe" na jakim byłam i pierwsze w takim stylu. Zawsze jeździłam na koncerty muzyków klasycznych, których uwielbiała moja babcia, albo wystawne bankiety z pracy dziadka - jest bardzo poważanym prawnikiem.
Rany po szkle zagoiły się po niecałym miesiącu. Zostały mi tylko drobne, różowe blizny. Z resztą nie pierwsze i nie ostatnie. Traktuję je jako swoistą pamiątkę.


CIĄG DALSZY NASTĄPI

Wszelkie prawa zastrzeżone!


niedziela, 24 maja 2015

"Tak nieskończenie mocno ..." -WSTĘP

Hejka! przepraszam, że nie wstawiałam tak długo postu. Czas nie był dla mnie łaskawy w ostatnich tygodniach, ale teraz wszystko powinno wrócić do normy :)





Hejka!
Mam na imię Nadzieja. To nie jest pomyłka. Tak mam wpisane w akcie urodzenia. Moi rodzice byli..., no właśnie... byli "hopistami". Wierzyli w lepsze jutro. Dzieci w szkole śmiały się ze mnie, żeby tylko wiedzieli ile to imię dla mnie znaczy.
Wychowują mnie dziadkowie. Mówią, że jestem największym ich skarbem, bo tylko ja im zostałam na tym świecie. We mnie pokładają całą swoją "Nadzieję".
Babcia i dziadek bardzo przeżyli śmierć swojej córki (mojej mamy) i wnuczki. Starają się dać mi wszystko, ale jak każda nastolatka lubię się bawić "do upadłego". Moi opiekunowie boją się, że coś mi się stanie i nie wrócę już do domu, czego by nie przeżyli. Bardzo ich kocham ale bywa, że przesadzają z opieką nade mną. Zachowują się jakbym była ze szkła. Mimo wszystko ich bardzo szanuję, bo starają się (z różnym skutkiem, często jednak pozytywnym) zastąpić mi mamę i tatę. Uczą mnie jak być dobrym człowiekiem i pozwalają popełniać błędy. Babcia sądziła tak o moim chłopaku- Alku. Szkoda, że nie wie jakim wsparciem jest dla mnie.
On i ja... . To była miłość od pierwszego wejrzenia. Szaleję na jego punkcie, z dużą wzajemnością. Poznałam go 26 lipca 2014 roku. Szam na lekcję gry na skrzypcach. Aleksy brał wtedy udział w rozgrywkach międzyszkolnych . Szczęście chciało, że droga do "sali ćwiczeń" prowadziła tuż obok stadionu. Gdy byłam prawie u drzwi, ni stąd, ni z owąd ... mówiąc potocznie "oberwałam" w głowę z piłki. Nie od byle kogo, tylko od zawodnika z numerem "8" na koszulce. Nie był nim nikt inny, tylko Alek. Podobno straciłam przytomność na pięć minut. Ocknęłam się w gabinecie lekarskim. Pierwszymi osobami, które zobaczyłam w tamtej chwili była pielęgniarka w średnim wieku (kiedyś chodziłam do klasy z jej córką). I był on... . Taki cudowny, uroczy i czarujący, szatyn w krótkich, kręconych włosach. O rok ode mnie starszy Aleksy. Trochę mu na zmyślałam. Zrobiłam to z kulturą i gracją, jak na prawdziwą damę przystało. "8-ka" przeprosił, jak na dżentelmena przystało i zaprosił mnie na lody. I tak się zaczęły nasze spotkania, a potem randki.

Dowiedziałam się, że umie śpiewać, czego nie lubi robić publicznie. Pisze teksty dla zespołu, w którym gra na gitarze i czasem na perkusji. Nie wiem co ciągnęło mnie do niego. Działał na mnie jak magnes. Może miał na to wpływ jego charakter, który był totalnym przeciwieństwem mojego. On jest duszą towarzystwa, a ja nie. Jestem nieśmiała. Alek jest szalony, a ja... nudna. Żyję statycznie, nie lubię..., a raczej boję się zmian. Mój chłopak pali i czasami pije ze znajomymi z kapeli. Choć jest niepełnoletni. A ja jestem bardzo cnotliwa i dbam o swoje zdrowie.

CIĄG DALSZY NASTĄPI

Wszelkie prawa zastrzeżone!

sobota, 9 maja 2015

"Zwierzenie"

        Hejka :) !
       Proszę, piszcie co sądzicie o moich opowiadaniach. Każdą uwagę zawsze chętnie przeczytam :D




Czuję okropny ból. Nie mam ran, ani siniaków na ciele.
                                                                       * * *
Pamiętam, że bardzo się bałam przeprowadzki, zmiany szkoły i obcego środowiska. Wiedziałam, że nie przenosiłabym się z mamą do nowego mi miasta, bez ważniejszego powodu. Całe nasze życie było zależne od jej pracy. Dziennikarstwo to kosztowna dziedzina.
                                                                       * * *
Z każdą chwilą coraz bardziej słabnę. Stoję bez ruchu, nie wiem jak mam się zachować. Łzy wypływają mi z oczu, niczym z wodospadu.
                                                                       * * *
Afryt, który mi towarzyszył pierwszego dnia gimnazjum był nie opisywalny. Nie było to spowodowane tym, że to już trzecia klasa i będę musiała przyłożyć się do nauki i innych rzeczy . To wina ludzi, którzy na każdym kroku udowadniali mi, że do nich nie pasuję. Przez pierwsze trzy miesiące  została zrujnowana cała moja wiara w siebie i w to, że mogę coś osiągnąć. Cała moja klasa się na mnie wyżywała. Z jednym, małym wyjątkiem... . Był nim wysoki, zielonooki, wysportowany brunet. Zaliczał się do najbardziej wpływowej grupy w całej szkole- sportowców. Bardzo się od nich różnił. Był inteligentny, błyskotliwy i posiadał pewne nie zacieralne wartości. Do każdego człowieka podchodził z szacunkiem.
                                                                       * * *
Mama trzyma mnie pod rękę, sama nie wystoję w pionie. Nie mam już siły łapać łez w chusteczkę. Czuję się być okropnie zmęczona.
                                                                       * * *
Znęcali się nade mną tylko dla tego, że moja matka była dziennikarką i pracowała w telewizji. Nikt nie dał mi szansy. Nawet nie mogłam się przedstawić. Dalej byłabym traktowana jak popychadło, gdyby nie "wyjątek", który staną w mojej obronie. Od tamtej pory wszyscy zaczęli traktować mnie jak człowieka.
- Dziękuję. Jestem w szoku, stanąłeś w mojej obronie-powiedziałam nieśmiało.
- Nie ma sprawy-uśmiechnął się do mnie.- Ta w okularach jest najbardziej drażniąca. Wszystkich traktuje z góry, bo jej ciotka uczy w podstawówce. Mało może, wszystko wie- w jego głosie pojawiła się irytacja.
- Tak- powiedziałam zaskoczona.- Masz na imię Piotrek?
- Zgadza się Tereso!- nie przestawał się uśmiechać.- Idziesz już do domu, czy masz jeszcze coś do załatwienia?
- Do domu...- nie zdążyłam skończyć zdania.
- Może pójdziemy razem? Mieszkam trzy posesje dalej.
- Nie wiedziałam, że twój dom jest tak blisko mojego- zaczerwieniłam się.- Wstyd się przyznać..., jestem tu zameldowana od pięciu miesięcy i nadal nie znam sąsiadów.
- Dało się zauważyć, że jesteś bardzo nieśmiała i mało wychodzisz z domu. Może pora to zmienić.
- Chyba ..., tak.
- Idziemy. Pogadamy po drodze. Mamy ponad dziesięć minut do twojego domu. W tym czasie można streścić całe swoje życie.- powiedział radośnie.
                                                                       * * *
Patrzę przed siebie. Tylu ludzi wokół..., każdy łka jak niemowlę. Ale nawet nie połowa z nich znała go bardzo dobrze.
                                                                       * * *
Zaprzyjaźniliśmy się. Ze szkoły codziennie wracaliśmy razem. Dwa razy w tygodniu czekałam na niego godzinę w bibliotece, aż skończy trening. Co wieczór siedzieliśmy razem na ławce, w ogrodzie mojej mamy. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Bawiliśmy się w odgadywanie kształtów, które tworzą gwiazdy.
Po jakimś czasie Piotrek zaprosił mnie na rankę, do baru, w pobliżu szkoły. Było fajnie, tak magicznie i wyjątkowo. Nie obyło się bez incydentów. Na samym początku randki mój chłopak potknął się o krzesło, a w następstwie przewrócił kelnerkę. Frytki z tacy wylądowały w jego włosach, a cola na jego koszuli. Mimo wszystko to była wymarzona pierwsza randka.
Byłam zakochana bez pamięci. Świat przybrał kształt serca. Wszystko było takie piękne i proste.
Dostaliśmy się do tej samej klasy humanistycznej w liceum. Planowaliśmy iść we dwoje na te same studia.
W pierwszej klasie, na lekcji wychowania fizycznego Piotrek zasłabł. Wszyscy myśleliśmy, że to stres lub przemęczenie. Diagnoza nie była jednak tak łaskawa, jakbyśmy chcieli. Okazało się, że to białaczka w zaawansowanym stadium. Przeszedł naprawdę wiele. Nie byłabym w stanie znieść tego co on. Był moim bohaterem...
                                                                       * * *
Cały tłum się rozproszył, tylko ja tu zostałam. Podchodzę bliżej.
- Powiedziałeś, że dasz mi znać, jak będziesz musiał odejść... - zanoszę się od płaczu. - Wysłałeś mi SMSa.
 Padam na kolana, przed granitową płytą i wyciągam telefon.
- Wiele jest gwiazd na niebie,
Jedne śmieją, drugie migocą do siebie.
Lecz gdy gwiazda z nieba zniknie,
Cały świat nagle cichnie. - cytuję, ocierając łzy.- Powiedziałeś go na naszej pierwszej randce. Miałeś rację...- płaczę rzewnie.- Cały świat dla mnie ucichł i nadal pozostaje głuchym. Od tej jednej nocy..., od tej jednej wiadomości... . Nie pytam się ciebie dlaczego odszedłeś...- mój głos cichnie.- Ale dlaczego  tak szybko?- kładę czerwoną różę na grobie.- Kocham cię! Zawszę będę! Dziękuję ci za najlepsze trzy lata w moim życiu... . Pomimo tego, że się z tobą pożegnałam... . Czuję, że za szybko powiedziałam ci "do widzenia" , gdyż nadal tu jesteś...- przykładam dłoń do serca.



Wszelkie prawa zastrzeżone.


poniedziałek, 4 maja 2015

„Niewiarygodne"

           
            Hejka ! :)
           Dopiero się wdrażam,  więc proszę o wyrozumiałość.  


Wchodzę do sali, w której jeszcze wczoraj leżała moja siostra. Trzymam jej rzeczy w prawej ręce, zastanawiając się "czemu to właśnie ona?". Wiem, że egoistyczne jest myśleć, iż to mogło się zdarzyć komuś innemu. Ale nic to, o czym teraz rozprawiam nie zmieni. Co gorsza, będzie potęgować we mnie wszystkie złe emocje.
                                                                       ***
- Czemu to robisz?!- zapytałam z przerażeniem.- Życie ci niemiłe? Przestań!- krzyczałam przez łzy.
Maria jednak mnie nie posłuchała, wyprowadziła motor z garażu. Wyrzuciła kask w krzaki przed domem. Wsiadła na jednoślad i go odpaliła.
- Co cię to obchodzi? C Z E M U to robię? Bo chcę!- spojrzała się na mnie z wrogością.- Na nic mi nie pozwalasz, N I E jestem już dzieckiem!
- Ale tak się zachowujesz!- byłam u progu wytrzymałości.- Piłaś. Zostaw motor taty. Proszę...- głos zaczął mi słabnąć.- Załóż chociaż ten durny kask...- po tych słowach wyjechała na drogę z piskiem opon.
                                                                       ***
Wychodzę z oddziału na długi korytarz, jestem w rozsypce. Nie mogę dalej dawać sobie sama rady..., z tym wszystkim. Naciskam przycisk znajdujący się w ścianie. Próbuję powstrzymać napływające do moich oczu krople. Drzwi windy się rozsuwają, wchodzę do niej. Jestem sama i..., nie wytrzymuję łkam jak niemowlę, jednocześnie przytulając rzeczy mojej młodszej siostry. Ileż ja bym dała za to, by mieć ją teraz przy sobie.
                                                                       ***
Usiadłam na ławce przed domem, obserwując jak odjeżdża. Nie mogłam poskładać myśli. Maria była tak entuzjastycznie nastawiona. Praktycznie przez cały tydzień nie gadałyśmy o niczym innym, niż o tej imprezie. Cieszyła się z powodu ogniska, połączonego z biwakiem nad jeziorem. Nie wiem czemu wróciła tak rozwścieczona i to jeszcze w nocy. A nie nad ranem, tak jak się umawiałyśmy.
Było zimno, wybiegłam z domu za Marią w tym,  w czym spałam. Czyli koszulce na ramiączka i spodenkach.
Przyświecała mi tylko jedna latarnia uliczna oraz małe światełka, które były wkopane w ziemię, wzdłuż podjazdu. Nie wiedziałam co mam robić, płakałam i modliłam się na przemian. Byłam gotowa zrobić wszystko, żeby tylko wróciła cała i zdrowa. Chciałam siedzieć z nią wieczorem na kanapie, wcinając przy tym lody w kubeczku.
                                                                       ***
Winda zatrzymuje się na przed ostatnim piętrze. Ocieram szybko oczy, tak by nikt nie widział, że przed chwilą roniłam łzy. Idę przed siebie, wąskim korytarzem. Halogeny zamieszczone w suficie strasznie mrugają. Czuję się bardzo słabo, postanawiam zatrzymać się na chwilę i oprzeć o ścianę. Zamykam oczy. Nie mam już sił na tą "nową" codzienność. Bardzo się o nią troszczyłam, ale jednak stała jej się krzywda.
                                                                       ***
Wróciłam do domu, nie mogłam się uspokoić. Zrobiłam to, co zawsze gdy byłam bezradna. Wyciągnęłam stary, obdrapany album. Przyglądałam się uważnie każdej fotografii i starałam odtworzyć w pamięci zdarzenie, które sprzyjało zrobieniu danego zdjęcia. Wszyscy byliśmy tacy uśmiechnięci  i przepełnieni radością. Kiedy doszłam do 73 strony zadzwonił telefon. Odebrałam go po drugim "triń". Miałam nadzieję, że to moja siostra.
W słuchawce usłyszałam, iż Mari miała wypadek. Uderzyła z dużą prędkością w drzewo. Motor był totalnie zniszczony, a ona miała połamane żebra, prawą rękę, odmę opłucną  oraz wstrząśnienie mózgu.
W szpitalu powiedziano mi, że obrażenia, których doznała Marysia są o wiele bardziej poważne i nie wiadomo, czy przeżyje. W krótkim czasie przeszła wiele operacji, nie obyło się też bez powikłań.
                                                                       ***
Dochodzę do sali numer "8", otwieram drzwi. Maria uśmiecha się promiennie. Widzę ją po raz pierwszy w takim stanie od czasu wypadku. Taki widok jest plastrem na zranione serce.
- Maja! No, w końcu przyszłaś. Myślałam, że o mnie zapomniałaś.
- Nigdy o tobie nie zapominam - uśmiecham się.
- Muszę ci coś pokazać, ale najpierw usiądź- wskazuje mi dłonią krzesło.
- Nie chcę siadać- protestuję zniecierpliwiona.- Już mam dość siedzenia.
- Okay! Ale, żeby niebyło, że nic nie mówiłam.
Nie wierzę! To nie wiarygodne! Rozklejam się ze szczęścia. To chyba mi się śni! Moja siostrzyczka wstaje z wózka i idzie w  moją stronę.
- Mari! Jak to jest możliwe?- mówię łamiącym się głosem.
- Po prostu... C U D!- płaczemy razem.
- Nie wierzę! Po takim urazie kręgosłupa... . Nikt ci nie dawał szans na to, że będziesz kiedykolwiek chodzić - głos mi cichnie.
- Brakowało im wiary- zapadła cisza, a my obejmujemy się w uścisku.
- Gdyby to mogli zobaczyć rodzice...

- Maja, oni na pewno nas pilnują. Zapewne to oni wstawili się za mną, tam na górze.


Wszelkie prawa zastrzeżone.