czwartek, 6 sierpnia 2015


Hejka! :)
 Postanowiłam wejść na "Bloggera", by sprawdzić ile wyświetleń ma mój blog i nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Trzy razy odświeżałam stronę, zanim dotarło do mnie, że ta liczba nie jest wynikiem  pomyłki.    

 520!!! Nie wiem ile razy, kto odwiedzał w ciągu trzech miesięcy "opowiadaniaka". Nawet jeśli 10-15 osób przyczyniło się do tego wyniku to i tak jestem BARDZO WDZIĘCZNA! 
 DZIĘKUJĘ stałym bywalcom, że pomimo wszelakich "byków" (poczynając od błędów stylistycznych, kończąc na interpunkcyjnych), nie systematycznemu wstawianiu postów i tak o mnie pamiętaliście.
 A czytelnikom, którzy dopiero zaczynają przygodę w moim świecie DZIĘKUJĘ, że dali mi szansę oraz zwrócili na mnie uwagę.
  Bardzo się cieszę z takiej liczby wyświetleń. Brak mi słów na opisanie tylu pozytywnych emocji, które teraz mi towarzyszą. Więc... PO TYSIĄCKROĆ, JESZCZE RAZ- DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM!!! ;) 
 Gdyby nie Wy, ten blog nie miałby sensu.

                                                                                                                                    Pozdrawiam!
                                                                                                            Przeszczęśliwy  Opowiadaniak :D

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

"Tak nieskończenie mocno..."- Rozdział II

"Przesłuchanie do szkoły muzycznej"

Za trzy dni miały odbyć się przesłuchania do szkoły muzycznej. Bardzo mi zależało. To szczyt moich dziecięcych marzeń. Cały czas, od rana do wieczora ćwiczyłam grę na skrzypcach, z którymi miałam doczynienia od najmłodszych lat.
Z Alkiem nie widziałam się od tygodnia. Nie chciałam, żeby tak wyszło. Ale ta szkoła... i moje marzenia... . To cel, który pragnęłam osiągnąć. Wiedział ile to dla mnie znaczy. Nawet sam zaproponował takie rozwiązanie, mieliśmy się nie spotykać, aż do przesłuchań. Jakie to nieocenione szczęście, że istnieją telefony. Przez cały czas rozłąki pisaliśmy do siebie SMS-y. Mogłam wyciągać komórkę tylko wtedy gdy psorka nie widziała lub kiedy wychodziła z sali.
Pani, od której pobieram lekcje jest bardzo konserwatywna i konsekwentna, dla niej zasady rosną do miana świętości. Czasami opowiada mi o swojej młodości. Jest mi jej naprawdę szkoda. Ma 57 lat na karku, mąż zostawił ją 22 lata temu, po 17-stu latach małżeństwa. Teraz nie ma nikogo, została sama..., jak przysłowiowy "palec".
Nie chciałabym zmagać się z takim brzemieniem. Mam nadzieję, że nasza miłość będzie góry przenosić, przetrwa mimo wszystko i ja z Alkieksem będziemy już zawsze razem.
No i w końcu nastąpił upragniony 27 sierpnia. To, co czułam tego dnia jest ciężkie do określenia. Radość- " zobaczę Alka", strach- "co ja zrobię jak mnie nie przyjmą?", złość - "moja czarna, ołówkowa sukienka za kolano ma popsuty zamek" (na szczęście babcia uratowała sytuację, a na dodatek pięknie mnie uczesała, w warkocza dobieranego), smutek- "moi rodzice i siostrzyczka nie zobaczą jednego z najważniejszych dni w moim życiu".
Czas bardzo się dłużył, od godziny 10:45 dzieliła mnie wieczność. Gdy nastała kolej mojego występu... zamarłam. Zapomniałam wszystkiego, czego się do tej pory nauczyłam.
Weszłam na scenę, spojrzałam na profesorskie jury. I to był mój błąd! Stałam przez kilka minut jak wryta, nie mogąc uspokoić oddechu i łomotu serca. Aż do chwili, w której zobaczyłam siedzącego w drugim rzędzie Alka. W tym momencie wszystko wróciło do normy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Przez cały czas trwania "show" wpatrywałam się w mojego ukochanego. Dzięki czemu wszystko było tak, jak sobie wyobrażałam. Dostałam się! Nawet zapomniałam o tym fatalnym początku. Ale podobno porażki kształtują ludzi, więc zapewne mi się to przyda.
Schodząc ze sceny potknęłam się. Spadłam z trzeciego schodka, na sam dół. Jakiż to wstyd! Nie zdążyłam się podnieść, a już nade mną stali profesorowie z mojej nowej szkoły. Chwilkę potem przybiegli dziadkowie z Alkiem, jak tylko udało im się przedrzeć przez tłum zgromadzonych tam ludzi. Gdy wszyscy zgromadzeni dookoła mnie pomogli mi wstać. Zauważyłam, że na lewej stopie brakuje mi buta. Okazało się, iż ześliznął mi się z nogi w momencie upadku. Gdy tylko zobaczyłam kto go trzyma w ręku... Miałam nadzieję, że to są jakieś żarty. Ofiarą mojego pantofelka została pani dyrektor. Na czole miała odciśniętą podeszwę. Podeszłam do niej i bardzo długo ją przepraszałam, aż do momentu, w którym puściły jej nerwy. Też bym się zdenerwowała, gdybym chciała coś powiedzieć, a ktoś by mi bez przerwy wchodził w słowo. W końcu nie wytrzymała i wykrzyczała z uśmiechem, że nie jest na mnie zła, wręcz przeciwnie- bardzo rozbawiona i że posiadam ogromny talent, którego nie mogę zaprzepaścić.
Muszę przyznać, że polubiłam panią Jasnowolską. Za tę jej wyrozumiałość. Ale najlepiej zapomniałabym o tej chwili. Oczy wszystkich na sali były zwrócone w moim kierunku. Czułam się niezręcznie.
Wracając do tematu... Powtórzę- DOSTAŁAM SIĘ ! Przyjeli mnie! To szczęście, które mi towarzyszyło i duma bliskich jest bez cenne. Mam nadzieję, że moi rodzice cieszyli się razem ze mną.
Dziadkowie chcieli mi zrobić niespodziankę i wynajęli jedną z sal w "Barzona 1 przez 2", byłam zachwycona. Szok i euforia mieszały się we mnie, w skutek czego piszczałam ze szczęścia i nie byłam zdolna wydać z siebie żadnego innego dźwięku. Jedno pytanie zaprzątało mi głowę- "kiedy to zrobili?". Niebieskie ściany były pięknie przyozdobione transparentami, na których widniały napisy: "GRATULACJE!" i " WIEDZIELIŚMY, ŻE CI SIĘ UDA". Było to bardzo wzruszające.
Najpiękniejsze było to, iż mogłam uczcić mój sukces z bliskimi mi osobami: babcią, dziadkiem, Alkiem, Helą, Mariką, Luckiem, Czarkiem i Zenkiem.
Był nawet tort, w kształcie skrzypiec. O moim ulubionym smaku- toffi.
Przyjęcie było bardzo fajne, panowała przyjacielska atmosfera. Chłopcy zagrali kilka piosenek co było bardzo miłe z ich strony.
W pewnym momencie dziadek upadł na podłogę . Ja..., ja... byłam w szoku. Ogarnął mnie ogromny strach o dziadziusia. Nie mogłam złapać tchu.
Babcia od razu do niego pobiegła. Leżał nieprzytomny. Położyła jego głowę na swoich kolanach. Płakała i coś do niego szeptała.
Tata Lucjana wezwał pogotowie, w tym samym momencie podbiegł do mnie Alek. Objął mnie i zasłonił ten tragiczny widok. Karetka jechała podobno kilka minut, dla mnie i dla babci trwało to o wiele dłużej. Gdy dotarli na miejsce zapytali się, czy dziadek na coś chorował, typowa procedura. Babcia zaczeła coś szeptać. Mina ratowników niebyła już obojętna, tylko pełna współczucia.


CDN.

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE!!